Jestem teraz w tzw. Sick Clinic, czyli chorej przychodni. Tak, tak, z polskim już nie najlepiej, co niektórzy wiedzą, że ostatnio zapomniałam jak jest "lewatywa" po naszemu. Musiałam pacjentowi (polska rodzina w USA) wytłumaczyć naokoło, że to rurka w dupkę i tak dalej. Ech... Co innego jak się w domu rozmawia po swojemu, a co innego jak całe dnie tylko po angielsku, bo na skajpa z rodziną i przyjaciółmi nie ma czasu.
Poza tym ogromnie dużo się uczę. Moja babcia, jak jej to oświadczyłam, żeby się pochwalić, że nie na darmo wyjechałam do tych Stanów, załamała ręce. "Dziecko, jeszcze wam się każą uczyć?". Babcia myśli, że ja już wszystko umiem, w końcu studia skończyłam i egzaminy pozdawałam, co jeszcze można więcej... Ano można, studnia bez dna, co drugi dzień zaliczam doła z powodu osobistego zidiocenia i niedokształcenia. Jeszcze sporo przede mną, ale na szczęście to, co nam fundują w ramach rezydentury, zdecydowanie ułatwia sprawę. Codziennie mamy dwa godzinne wykłady (pogadanki, opisy przypadków, często interaktywne, tak że trzeba włączyć myślenie), codziennie nasz "chief resident" wysyła nam ciekawe przypadki na maila (tzw. perełki dnia) do poczytania, co tydzień mamy moduły edukacyjne, o których dyskutujemy w grupach. Pracując na oddziale dodatkowo mamy do przerobienia około 10 podobnych modułów dyskusyjnych w miesiącu. Tam również codziennie mamy okazję zaprezentować naszych pacjentów radiologom, którzy dają nam króciutki wykład na temat danej jednostki chorobowej na zdjęciu RTG czy też tomografii komputerowej. Non stop jesteśmy wystawieni na nowe informacje, czy tego chcemy czy nie. Do tego w każdym momencie możemy dostać zadanie domowe w postaci przygotowania krótkiej prezentacji na temat choroby rozpoznanej u naszych pacjentów. No i jeszcze w ciągu roku mamy do zaliczenia jedną pracę naukową w grupie, prezentację z biostatyki oraz skomplikowaną prezentację przypadku (to już samodzielnie). Jak mi się przypomni co jeszcze, to dopiszę, ale jak widać już teraz lista jest imponująca. Biorąc pod uwagę fakt, że w domu aspekt edukacyjny rezydentury mocno kulał, tudzież ograniczony był do jednej zaledwie podspecjalizacji, jest z czego być zadowolonym.
I "perełki dnia" na koniec:
1. Nasz konsultant z chorób zakaźnych na oddziale to dr Lang, znana m.in. z tego, że jest jednym z głównych autorów "Red Book", wznawianej co kilka lat aktualizacji dotyczącej chorób zakaźnych.
2. W szpitalu, w którym pracujemy rozpoczynał swoją karierę Nelson (ten Nelson, od biblii pediatrycznej znanej na całym świecie) i pracował tam przez wiele wiele lat, tam również powstawały kolejne wznowienia jego "księgi" (kto widział wie, jakie to dziadostwo ogromne i że wszystko tam jest chyba zawarte, co bachorologom niezbędne). Naszemu szefowi ostatnio zebrało się na wspominki i opowiadał nam o jego wykładach. Powiało historią...
3. Jednym z naszych "attendings" jest dr Arbeter, specjalista ds. chorób zakaźnych odpowiedzialny (wraz z innymi) za wcielenie w życie szczepionki przeciwko ospie wietrznej.
Trochę się pochwaliłam, mało skromnie. Ale zadowolona jestem, że program rezydentury niewielki, ale silny. I choć nie zechcą mnie w najlepszym szpitalu w USA na podspecjalizację (za malutcy jesteśmy, i obcokrajowcy w dodatku), to i tak zdaje się, że nie najgorzej trafiłam.
PS. Rany, kto teraz to wszystko za mnie na angielski przełoży???
The fall has come. I caught a cold and am sneezing. Surely, one of these little brats gave me a virus, a little "thank you" for the hard work of a resident.
I am now in the Sick Clinic. Speaking English all days only, to the point when I forgot how to say "enema" in my own language to one of my Polish patients. That's what happens when there's no time to chat with friends and family on skype on a regular basis.
Besides these little problems, I am learning a lot. My grandma, when I told her that, was outraged. "Dear God, child, why do they make you study again?" Well, grandma thinks that once I am done with medical school and passed all my exams, I am done forever. Unfortunately, medicine is a neverending story. Every second day I feel down because of my lack of knowledge and my own stupidity. So much to be done ahead... However, what they offer us in the residency program makes things much easier. We have two lectures everyday (case studies, recommendations, often interactive so that we make our brains work), our chief resident sends us interesting cases everyday on email ("pearls of the day"), we have weekly educational modules for discussion too. On the floors (at the wards rotation) we additionally have 10 modules per month for group discussion. We also get a daily chance to speak about our patients to the radiologists, who always give us some instructions on how to read x-rays and tomography pictures. We are being exposed to medical knowledge whether we want it or not. In addition, we may have to make a short presentation on our patient's disease if they ask us to. And finally, during the whole year we are supposed to write a research paper (in groups), give a lecture on a given topic in biostatistics and present a complicated case. Taking into consideration the fact that back home the educational aspect of residency was non-existent or, at most, restricted to specific subspecialty, what I get here is making me happy.
And "the pearls of the day" now:
1. Our consultant in infectious diseases is dr Lang, famous for being one of the main authors of "Red Book", an important update that is basically a world wide recommendation on infectious diseases.
2. In the children's hospital where I work, Nelson (THE Nelson, author of pediatric bible, again world wide known) started his career in 1940's and worked there for many many years, bringing to life his creation, of which we have had 19 editions so far, I believe (some of my dear friends know how big this book is – and how expensive – and that it contains basically everything that a pediatrician should know). Our boss has recently been bringing up some memories of how he attended Nelson's lectures. Impressive history...
3. One of our attendings is Dr Arbeter, an infectious diseases specialist, responsible, among others, for developing the varicella vaccine.
So I wasn't particularly modest listing it all out, probably. But I just wanted to share with you the fact that I am happy to be trained in a small but strong residency program. And although they will not want me in the best USA hospital for children for my fellowship (we're still too small, and foreigners, above all), I am still satisfied that I ended up here.
PS. Phew... translated!
Great to read this. I am so thrilled to read you are doing well and learn new things. It's hard and I envy you.
OdpowiedzUsuńHmm... Yet another lazy moment??
OdpowiedzUsuńOstatnimi czasy tylko jeden poscik na miesiac :( Przypominal,ze kolejny miesiac sie zaczal i oczekujemy na nowe :))
Ojoj! Mia
Booo! Still no news :(
OdpowiedzUsuń